środa, 7 czerwca 2017

Mój anioł (2016)



Przez polskie ekrany przemknął niewielki, ale ciekawy film Mój anioł - opowieść niepozbawiona uroku, ale o zmarnowanym potencjale, o czym piszę na łamach miesięcznika "Kino":


Film wyreżyserowany przez Harry’ego Clevena to pouczający przypadek opowieści, która startuje z bardzo przekonującego punktu wyjścia, ale zatraca swoje walory w toku projekcji. Tytułowym aniołem jest syn Louise, kobiety zamkniętej w szpitalu psychiatrycznym. W początkowych scenach kobieta opowiada dziecku historię jego narodzin. Zaczęło się od wielkiej miłości do sztukmistrza.

Niestety, specjalnością mężczyzny było znikanie – i pewnego dnia zniknął nie na niby, ale na dobre. Kobieta została sama, a parę miesięcy później urodziła dziecko, które jest pamiątką po utraconej miłości. Dziecko wyjątkowe, bo niewidzialne. Chłopiec, nazwany przez Louise Ange (Anioł), ma być jej pociechą. Kobietę martwi jednak jego przyszły los – co stanie się z dzieckiem po jej śmierci? Jak jej tajemnica ma przeżyć ją samą? Jak w świecie, w którym wszystko musi być widoczne, odnajdzie się niewidzialny człowiek?

Ange jest świadom niebezpieczeństwa, ale się nie boi. Pewnego dnia z czystej ciekawości wymyka się z pokoju matki i za ogrodzenie ośrodka. Poznaje tam małą dziewczynkę. Dotychczas obserwował ją z okna szpitala. Z bliska rozpoznaje, że dziewczynka jest niewidoma. I pewnie dlatego od razu wyczuwa jego obecność.

Słyszy i czuje chłopca dokładnie tak, jakby widziała go oczyma wyobraźni. Nawiązuje się między nimi nić sympatii, potem miłości. Jednak pewnego dnia dziewczynka wyrusza w długą podróż – dzięki eksperymentalnej operacji ma szansę odzyskać wzrok. Czy jednak nie straci wtedy innego wzroku – tego wewnętrznego, którym mogła zobaczyć niewidzialnego chłopca?

„Mój anioł” to przykład bardzo prostego filmu, opartego na jednej mocnej metaforze. Metaforą jest oczywiście tytułowe dziecko – ktoś, kto ma uosabiać stratę. Potoczna mądrość powiada, że dziecko często wypełnia pustkę w życiu rodziców. To łatwy stereotyp, ale jego potwierdzenie można znaleźć w dużo bardziej wysublimowanych refleksjach. Na przykład takiej, wedle której dziecko jest uosobieniem kobiecego pragnienia. Pragnienie to realizuje się poprzez wydanie na świat kogoś, kto sam staje się żywym pragnieniem miłości (opieki, troski). I dokładnie to pokazuje film Harry’ego Clevena. Ożywioną pustkę, pragnienie, które widać tylko po śladach, jakie zostawia, np. po odcisku na pościeli i rękach kobiety.

Chłopiec jest niewidoczny także dlatego, że jest znakiem głęboko ukrytej rany. Szpital psychiatryczny również dokłada się do centralnej metafory, będąc obrazem zamknięcia, śmierci za życia. Nie jest to szpital pełen niezwykłych typów ludzkich i głosów. Tutaj panuje cisza, pielęgniarki i lekarze poruszają się bezszelestnie, chorzy zamknięci są w izolatkach – żaden z nich, oprócz Louise, nie pojawia się na ekranie.

Ten cichy szpital daje widzom do zrozumienia, że utrata miłości była dla Louise zbyt wielka, żeby kobieta potrafiła ją wyrazić. Nie znajdując odpowiednich słów, bohaterka nie umiała odczarować, uporać się z nią i pozostała do niej przywiązana – tak silnie, jak można być przywiązanym do dziecka. I w efekcie, dosłownie, straciła kontakt ze światem zewnętrznym.

Kiedy Ange wymyka się ze szpitala i poznaje przyjaciółkę, do głównej metafory zostaje dodane kolejne piętro. Dziewczynka wyczuwa chłopca dlatego, że sama doświadczyła straty w życiu. Kiedy widzimy ją w filmie po raz pierwszy, jest sama w ogrodzie rodziców i buja się na huśtawce. Kiedy huśtawka się wychyla, na dziewczynkę pada światło słońca, kiedy huśtawka wraca, dziewczynka znajduje się w cieniu.

Dziecko powtarza do siebie „słońce – cień”, „ciepło – zimno”, tak jakby upewniało się, że wyczuwa połączenie między tymi pojęciami. Kiedy poznaje chłopca, prosi, żeby został jej przyjacielem, bo jak dotąd nie miała żadnego. Niewidoma samotna dziewczynka może więc rozpoznać stratę Louise, potrafi też rozpoznać się w jej cierpieniu. Jest więc tak, jakby przez niewidzialnego chłopca poznawały się nawzajem dwie straty, dwie samotności.

„Mój anioł” na poziomie historii pozostaje konsekwentnie filmem o miłości – centralna relacja matki i dziecka zostaje z wolna zastąpiona przez historię miłosną mężczyzny i kobiety. Twórcy odwołują się do konwencji baśniowej, co widać wyraźnie już od pierwszych scen, choćby wyboru zajęcia nieobecnego ojca. Równocześnie jednak w historii zostają zachowane pewne rysy rzeczywistości – zamek, w którym zamknięci są Louise i Anioł, jest jednak szpitalem, a odległa kraina, do której wyrusza dziewczynka, żeby odzyskać wzrok, nazywa się Nowy Jork.

„Mój anioł” zatrzymuje się więc gdzieś w połowie drogi między baśnią a filmem, który traktowałby centralną metaforę jako narzędzie służące temu, by na modłę surrealistyczną pokazać niesamowite aspekty rzeczywistości. I w tym aspekcie film zawodzi – jest nie dość konsekwentny, by w całości być baśniowo zaczarowany lub surrealistyczny właśnie.

Innym poważnym niedociągnięciem staje się niezdolność realizatorów do dopełnienia historii jakimś cieniem. A mroku potrzebuje zarówno baśń, jak i niesamowitość. „Mój anioł” wbrew pewnym elementom historii (szpital psychiatryczny, samotność dziewczynki) pozostaje filmem pastelowym aż do znudzenia.

Zmarnowano emocjonalny oddźwięk historii; opowieść robi się coraz bardziej sentymentalna. Stopniowo znika nuta cierpienia i straty, a całość zamienia się w celebrację rozwijającej się konwencjonalnie historii miłosnej. W końcu niewidzialność Anioła staje się zaledwie problemem technicznym, z którym można sobie poradzić na szereg sposobów – zarzucając na jego sylwetkę prześcieradło, polewając wodą czy pokrywając twarz pudrem. Słowem to, co było subtelną metaforą, zmienia się w chwyt znany z tanich komedii.

Zresztą, to nawet nie rozwój fabularny historii a właśnie wspomniana pastelowa maniera irytuje najbardziej. „Mój anioł” zbliża się do pewnego typu filmowego kiczu, w którym celują produkcje amatorów cyfrowych lustrzanek. Pełno takich dzieł w Internecie – widzimy w nich drobiny kurzu w świetle słońca, kroplę deszczu na szybie lub spadającą z liścia w zwolnionym tempie... Każdy współczesny filmowiec powinien obowiązkowo obejrzeć przynajmniej kilka godzin takiego materiału, żeby wiedzieć, czego się wystrzegać w swojej pracy.

Prostota filmu i pewien rodzaj dezynwoltury, z jaką traktuje się logikę historii, są więc z początku ujmujące, ale im bliżej do końca projekcji, tym coraz bardziej irytują. Wyjściowa metafora pozostaje jednak wartością dzieła i być może niewiele zabrakło, żeby nieco lepiej wykorzystać oferowane przez nią możliwości.

Źródło:
Krzysztof Świrek, Mój anioł, „Kino" 2017, nr 5, s. 71-72

czwartek, 5 stycznia 2017

„10” 2016




10” 2016


Od kilku lat uczestniczę w zabawie organizowanej przez miesięcznik „Kino”, czyli w głosowaniu na najlepsze kinowe filmy minionego roku. W papierowym wydaniu można znaleźć listę po zliczeniu wszystkich głosów, a poniżej wklejam swoją dziesiątkę z komentarzami:


  1. Tysiąc i jedna noc (trylogia), As Mil e Uma Noites, reż. Miguel Gomes. Portugalia, Francja, Niemcy, Szwajcaria 2015.

Reżyser dokonał rzeczy niemal niemożłiwej: stworzył aktualny komentarz do wydarzeń politycznych ostatnich lat i równocześnie film odwołujący się do wzorców uniwersalnych opowieści o ludzkich namiętnościach, bólu i marzeniach. Na ekranie widzimy go, jak w panice ucieka przed ekipą swojego filmu, pewien, że nie podoła zadaniu. A jednka się udało...

Jest to najlepszy film o kryzysie finansowym, jaki zdarzyło mi się oglądać. Bardzo ważny także dla zrozumienia współczesnej Europy i jej kryzysu. A przy tym film zajmujący, zabawny, poruszający.

Film Gomesa składa się z trzech pełnometrażowych części, które w Polsce wchodziły do kin w rytmie kolejnych miesięcy. Jeśli miałbym je uszeregować, to za najlepszą uznałbym część drugą, z niezrównaną sekwencją o sędzi, która z rosnącą bezsilnością i rozpaczą odkyrwa kolejne kręgi głupoty, korupcji i zła. Wszystkie trzy filmy razem składają się na wydarzenie bez precedensu w kinie ostatnich lat.


  1. Scena ciszy, The Look of Silence, reż. Joshua Oppenheimer. Dania, Indonezja, Finlandia, Norwegia, Wielka Brytania, Izrael, Francja, USA, Niemcy, Holandia 2014. 103’.

Widziałem film Oppenheimera ponad dwa lata temu w Wenecji, pisałem o nim na blogu, wstrząsające dopełnienie równie mocnej Sceny zbrodni.


  1. Dzieciństwo wodza, The Childhood of a Leader, reż. Brady Corbet. Wielka Brytania, Węgry, Francja 2015. 115’.

Recenzję pisałem dla Kina – fascynujący, zagadkowy film.


  1. Major, Mayor, reż. Jurij Bykow. Rosja 2013. 99’.

Dureń Bykowa był na liście z poprzedniego roku (moja recenzja dla "Kina" tutaj), na tę trafia Major – film przemknął przez polskie kina (pokazywany bodaj na jednym ekranie...) ale warto do niego dotrzeć. To świetnie zrealizowany, trzymający w napięciu thriller, w tle – tak samo jak w przypadku Durnia – głęboka i smutna refleksja o współczesnej Rosji , a może i o korupcji każdej władzy.

  1. Nieznajoma dziewczyna, La fille inconnue, reż. Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne. Belgia, Francja 2016. 113’.

W grudniowym numerze „Kina” ukazał się mój esej o kinie braci Dardenne. Staram się w nim pokazać, że ich filmy najlepiej analizować nie przez pryzmat pojęć realizmu czy „kina społecznego”, ale przez formułę moralitetu. O Nieznajomej dziewczynie pisze tam tak:

Najnowszy film Dardenne'ów ma strukturę sądu nad jego bohaterami. Określa się przewinienia, bohaterowie podają swoje usprawiedliwienie, wyjaśniają motywy. Osąd dla jednych może być bardziej łaskawy, niż dla innych, ale wszyscy poddani są bezlitosnemu spojrzeniu kamery. Spojrzenie to skierowane jest niby na tych, którzy znaleźli się na ekranie, ale widzowie nieraz poczują je na sobie. Stąd oglądanie najnowszego filmu Dardenne'ów nie należy do doświadczeń przyjemnych: raczej pozwala odczuć ciężar użytej tu formuły przypowieści, sprawiającej, że historia wydaje się każdemu słuchającemu opowieścią o nim samym.

Całość tekstu w papierowym wydaniu "Kina".

  1. Spotlight, reż. Tom Mccarthy. USA 2015. 128’.

  1. Miara człowieka, Le Loi du marché, reż. Stéphane Brizé. Francja 2015. 93’.

Miejsca szóste i siódme to dwa filmy realizujące klasyczne wzorce – jeden to trzymający w napięciu film „dziennikarski” na wzór Wszystkich ludzi prezydenta, drugi to udany przykład zastosowania formuły realistycznej. Oba warte uwagi. W przypadku Spotlight zdarzyła się zresztą rzecz skądinąd rzadko spotykana – film jest zarówno udany, jak i nagrodzony Oscarem najważniejszej kategorii...

  1. Kosmos, Cosmos, reż. Andrzej Żuławski. Francja, Portugalia 2015. 103’.

Ostatni film Andrzeja Żuławskiego to fascynująca, karkołomna próba zmierzenia się z pisarstwem Gombrowicza, właściwie niemożliwym do przeniesienia na ekran. Jak zwykle w przypadku tego reżysera film pełen fascynujących rozwiązań. 

  1. Pasolini, reż. Abel Ferrara. Francja, Belgia, Włochy 2015. 84’.

W filmie Ferrary najbardziej spodobała mi się pokora, z jaką twórca Złego porucznika potraktował swój temat. Nie przepadam za kinem biograficznym, wytwarzane w nim poczucie realizmu wydaje mi się zawsze skłamane. Nie cenię sposobu, w jaki aktorzy, choćby wybitni, naśladują drobiazgowo zachowania swoich „modeli”. Sam trailer Żelaznej damy z Meryl Streep wykrzywiającą twarz w groteskowych minach przyprawiał mnie o dreszcze zażenowania.

Film Ferrary jest inny – tutaj Pasolini to nie tyle konkretna jednostka, co figura, wehikuł pewnych myśli wypowiadanych z ekranu. Podstawowym zadaniem Willema Dafoe nie było „stać się Pasolinim”, ale przekonująco podawać kolejne cytaty z wypowiedzi reżysera. Na ile znam te wypowiedzi, na przykład ze wspaniałego, ostatniego wywiadu udzielonego przez Pasoliniego na krótko przed śmiercią, Ferrara jest wierny literze. Swoim filmem natomiast nie próbuje naśladować dzieł autora Włóczykija – i dobrze.

O filmie Ferrary pisałem już na blogu. W notce link do dyskusji w Programie Drugim Polskiego Radia.
  1. High-Rise, reż. Ben Wheatley. Wielka Brytania 2015. 119’.

High-Rise Wheatleya to alegoryczna opowieść o podziałach klasowych. Film wystylizowany nieraz do granic autoparodii, przypomina magazyn wypchany pomysłami różnej jakości. Jeśli polubiłem go na tyle, żeby trafił na listę, to dzięki nieoczywistej konstrukcji głównego bohatera, który jest w tej historii bardziej świadkiem, niż protagonistą. To dobra formuła, a rzadko wykorzystywana w kinie. Podobne cechy miał bohater Crash Davida Cronenberga, innego filmu opartego na prozie J. G. Ballarda. Film Cronenberga udał się nieporównanie bardziej, ale próba Wheatleya też jest dość ciekawa, by poświęcić na nią wieczór.




Na liście z rozmysłem nie umieściłem Syna Szawła. Wspominam o tym, bo na zbiorczej liście „10” „Kina” to numer jeden. Film wydaje mi się problematyczny z wielu powodów, ale tu raczej nie miejsce i pora na ich roztrząsanie.