środa, 21 września 2011

Drive





Na ekranach jeden z najlepszych filmów tego roku.



Nicolas Winding Refn mówi o sobie, że jest reżyserem fetyszystycznym. I „Drive”pokazuje, ile jest prawdy w tym określeniu. Najnowszy film duńskiego reżysera jest poddany twardej dyscyplinie redukcji opowiadania do podstawowych elementów: tylko tych, które mogą wzbudzić fascynację widza. Jest to rodzaj fabuły autorefleksyjnej, prostej i kojarzącej się z filmami klasy B, a z drugiej strony – samoświadomej. Równocześnie brak tu typowych chwytów eksponujących dystans, charakterystycznych dla pastiszu. Jest to film – obiekt: już na etapie wstępnej pracy pomyślany jako ekstrakt określonej filmowej wrażliwości.


To początek mojej recenzji, która ukazała się na stronie "dwutygodnika".


Wobec mieszanych reakcji rodzimych krytyków warto wybrać się do kina i przetestować na sobie jego działanie. A rzadko się zdarza, żeby film tej miary był w każdym multipleksie w mieście. Nie jest to na pewno film "rozrywkowy", jak sugerują niektórzy, ale nie grzeszy tez artystowską pozą, jak zarzucają inni.  Refn sięga w nim do źródeł pewnego projektu filmowego, który szerzej opisuję w cytowanym wyżej tekście. Zapraszam do lektury!


(źródło fotografii: filmofilia.com)

3 komentarze:

  1. Mnie osobiście bardzo przypomina Vanishing Point, ale może to tylko przez motyw kierowcy-renegata.

    OdpowiedzUsuń
  2. świetny tekst! zresztą jedna z nielicznych polskich recenzji "Drive", o której można mówić w pełni pozytywnie, a chyba jedyna, która naprawdę porusza sedno sprawy

    OdpowiedzUsuń
  3. @odi: myślę, że te różne tropy się nie wykluczają, choćby dzięki sposobowi, w jaki filmy gatunkowe lat 80. "zakładały" poprzednie dekady rozwoju kina gatunków, dodając oczywiście coś jeszcze.
    @Marcin Zembrzuski: Dzięki za miłe słowa; sprawa tego filmu leży mi na sercu...
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń