piątek, 17 czerwca 2011

Drzewo życia

Tegoroczna decyzja festiwalu w Cannes wielu zaskoczyła. Festiwal przyzwyczaił do werdyktów, które premiują filmy śmiałe formalnie i/lub niosące istotne społeczne lub polityczne przesłanie. Do tego zestawu pasowałaby Melancholia Von Triera - film odważny, o sporych ambicjach i równocześnie zawieszony w wieloznaczności charakterystycznej dla duńskiego reżysera.

Drzewo życia jest filmem innym - bezpośrednim, formułującym pytania największej wagi, których w kinie, mam wrażenie, już od dawna nie zadaje się bez cudzysłowu. cudzysłów ten, ważny dla twórców, którzy chcieli zaznaczać swoją świadomość "kontynuatorów" i tego, że skończył się czas naiwnej wiary w moc kina, został przyjęty jako konieczność również przez sporą część krytyków, a może i przez jakieś grupy widzów.



Film Malicka rozgrywa się pomiędzy członkami jednej amerykańskiej rodziny pochodzącej z tzw. starej klasy średniej. To czasy welfare state, stabilizacji, a zarazem silnej kontroli społecznej i standaryzacji sposobu życia. Ojciec utrzymuje dom i ma być dla dzieci surowym nauczycielem. Matka poświęca się dla rodziny, uznając pracę domową za realizację życiowego powołania. Rodzinny świat zostaje zaburzony przez śmierć jednego z synów. Jego brat, kilkadziesiąt lat później, przy okazji refleksji nad własnym pustym życiem próbuje cofnąć się pamięcią do czasów, gdy był małym chłopcem, zrozumieć, jakie znaczenie miały jego ówczesne doświadczenia.

W filmie Malicka ważną rolę odgrywa powiązanie opisu rodzinnego życia (opisu prowadzonego w porządku urywanych obrazów, wspomnień, skojarzeń), z pytaniami ogólniejszymi, o cierpienie i obecność Boga, które sygnalizuje otwierające Drzewo życia motto z księgi Hioba. Malick z jednej strony ukazuje szczególny model rodziny, pokazując jego wyjątkowe warunki trwania i szczególne napięcia, które wytwarzał. Nie ma u Malicka nostalgii za minionym, ale nie ma też resentymentu. Przyczynia się do tego rama biblijnych pytań, w którą wpisana jest historia.

Pośród tematów Malicka jest pamięć i wspomnienie, wewnętrzna rozmowa, ale także iluminacja. Stąd luźna struktura filmu, powracanie pewnych motywów, wreszcie całe sekwencje, które trudno wpisać w rekonstrukcję rodzinnego życia. Kluczowa wydaje mi się seria ujęć, w których widzimy Ziemię z kosmicznej perspektywy, obrazy żywiołów, różnorodności życia, które tworzy się i umiera (cytat z Hioba jest przełożony na szereg filmowych ujęć). Uderza dosłowność, z jaką wszystko to jest przedstawione, zdradzającą zapomniany już nieco sposób postrzegania filmowego medium, jako odkrywającego dla widzów na nowo godność tego, co oczywiste i banalne. Dosłowności tej jednak, w przeciwieństwie do kilku krytyków, nie postrzegałbym jako wady filmu. Jest to konsekwencja odwagi, skłonności autorów filmu do tego, żeby "wszystko pokazać", miara ich ambicji.

Można wyobrazić sobie Drzewo życia poprzestające na mniejszym, zatrzymujące się przed postawieniem pewnych kwestii zbyt wprost. Ale czy ostatecznie nie oglądamy w kinie mnóstwa filmów, które właśnie eleganckie, ostrożne i nieważne zarazem?


16 czerwca opowiadałem w audycji Grzegorza Chlasty o filmie Malicka. Zapis rozmowy, w której pojawiło się wiele wątków z powyższego tekstu (i kilka innych) dostępny tutaj.

3 komentarze:

  1. Czy dosłowność jest koniecznie pochodną odwagi? Moim zdaniem może być dokładnie odwrotnie. DRZEWO ŻYCIA byłoby o wiele "odważniejsze", gdyby nie chybiony (moim zdaniem) prolog. Oczywiście że może on służyć za miarę *ambicji* Malicka, ale myślę, że w dziele sztuki oceniać należy nie ambicje, ale faktyczne rezultaty.

    Ale, oczywiście, zgadzamy się że się nie zgadzamy :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Widzę w tej dosłowności ślad wiary w to, że kino może unieść "aż tak dużo" (4 żywioły, kosmos, itd.). Ta wiara przemawia do mnie na tyle, że zagłusza wątpliwości co do rezultatu, które skądinąd rozumiem.

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Rouzmiem :-) W każdym razie, było mi miło Cię poczytać (i posłuchać!) na ten temat :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń