wtorek, 6 marca 2012

Poza filozofią. O filmie Bruno Dumonta

24 lutego na ekrany kin weszły trzy ważne filmy: Faust Aleksandra Sokurowa (pisałem o nim na blogu), Wstyd (o tym filmie poniżej) i wreszcie - Poza szatanem Bruno Dumonta. O tym ostatnim filmie piszę z opóźnieniem, ale nie dlatego, żebym miał go za mniej interesujący. Tekst ukazał się na stronie Kultury Liberalnej (nr 165, 6 marca 2012 r)






 Z każdego niemal tekstu na temat Brunona Dumonta i jego najnowszego filmu Poza szatanem czytelnik dowie się, że reżyser przed swoim filmowym debiutem parał się filozofią. Mają z tego wynikać wielorakie wnioski: po pierwsze, sugeruje się chyba, że kino reżysera Hadewijch ma siłę większą, niż produkcje zwykłych rzemieślników. Poza tym wspomnienie o filozofii naprowadza „głębię”, pokłady znaczenia, które czekają na wyinterpretowanie z ekranowych wydarzeń. Fraza „filozof za kamerą” wywołuje też rodzaj historycznego spięcia. Wyczuwamy, że dochodzi do zestawienia dwu kulturowych porządków, dwu epok, opisywanych przez proste przeciwstawienia. To spotkanie tego, co ciężkie i tego, co lekkie, pojęciowego z obrazowym, surowości myślenia i pewnego elementu, który na dobre i na złe trzyma kino z daleka od filozoficznej pustelni i sali wykładowej. Żeby być dobrze zrozumianym: na sali wykładowej film może się pojawić, ale serce kina bije gdzie indziej.


 Dlaczego Bruno Dumont został reżyserem? Mówi o tym wprost w wywiadach. W jednym z nowszych przeczytałem, że kino daje mu większe możliwości oddziaływania. Inaczej, niż filozofia, film operuje na wielu polach, a składa się z prostych elementów, które trafnie pokazują to, czego nie sposób opisać słowem. Pamiętam jednak starszy wywiad, w którym twórcaHadewijch mówił co innego: że zajął się kinem by uciec od filozoficznych pojęć. Cały więc kinowy aparat podporządkowuje Dumont pokazaniu tego, czego później nie można nazwać: bo ma być właśnie niepojęciowe, nie do skategoryzowania, przystawienia słownych stempli. Obie te odpowiedzi mówią coś bardzo ważnego o filmach Dumonta, ale w pewnym sensie kłócą się z pierwszym obrazem – filozofa, który porzuca filozofię, by uprawiać ją jednak nadal, ale innymi narzędziami. Jeśli coś jeszcze Dumonta łączy z filozofią, to chyba gest odrzucenia filozofii. Oczywiście antyfilozoficzne stanowiska filozofów to żadna nowość Jeśli jednak nie chcemy widzieć wszędzie tego samego, to w filmach Dumonta widz odnajdzie konsekwentny gest zerwania.


Miejscem akcji Poza szatanem jest wioska na francuskim wybrzeżu. Okoliczne lasy zamieszkuje mężczyzna – skrzyżowanie szaleńca i mistyka. Modli się do przyrody, żyje z darów. Czasem towarzyszy mu mieszkająca nieopodal młoda dziewczyna. Para przechadza się po okolicy, doświadcza kolejnych „cudów”, zabija, a w końcu i wskrzesza.


Pojawienie się Poza szatanem w dystrybucji kinowej należy traktować w kategoriach święta. Oto mamy film najdalszy od banalności, w którym nie ma miejsca ani na błahe atrakcje ani gotowe intelektualne tropy dla publiczności pełnej ogłady. Nie ma też czegoś, co zwykło się nazywać „społecznym kontekstem”. Jeśli więc komuś wydaje się, że filmy albo powinny bawić, albo dotykać tzw. „poważnych (to znaczy z góry znanych) problemów”, to film Dumonta nie wpisuje się w żadną kategorię. Zarazem jednak sprawia widzom przyjemność – przez samą ulgę, że oto nie zobaczyliśmy tego, co zwykle.


 Trzeba więc Poza szatanem opisywać, bo jest to filmowe wydarzenie, ale opisywać tylko ze świadomością, że nowy film autora Ludzkości, może nawet bardziej niż poprzednie, został tak skonstruowany, żeby opisać się go nie dało. Nie jest to wrażenie subiektywne – nawet jeśli istnieją spójne interpretacje Poza szatanem (tak zupełnie przekonujących nie znam), wszystkie mogą być co prawda ciekawe, ale ostatecznie żadna nie trafi w punkt, bo punktu nie ma.


 Oczywiście trzeba przyznać, że w filmach Dumonta jest pewien program, że kolejne opowieści w pewnym sensie rymują się ze sobą. Są pewne wątki od tego kina nieodłączne: ambiwalencja bohaterów, z którymi trudno się utożsamiać, miłosny „martwy punkt” pomiędzy postaciami, pełen uczuć, ale pozbawiony spełnienia. Wreszcie: rodzaj empatii, który bohaterowie okazują wobec otaczającego ich życia. Jest też i sacrum, wałkowane w rozmowach i osaczane w analizach, które jednak okazuje się żadnym sacrum, bo nie jest sferą w żaden sposób wydzieloną z otaczającej je materialności. Wszystko to w jego filmach znajdziemy, ale ma się ochotę powtórzyć za Aleksandrem Ledóchowskim, zmagającym się prawie czterdzieści lat temu z innym niejasnym dziełem filmowym – „klucz jest, ale gdzie są drzwi”?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz