niedziela, 22 września 2013
Przeszłość (2013)
Nadal na ekranach Przeszłość Asghara Farhadiego, o której pisałem niedawno dla "Dwutygodnika".
Film równie ciekawy co słynne Rozstanie, a w pewnej mierze przewyższający tamten film, o czym staram się przekonać w tekście, który można znaleźć tutaj.
wtorek, 23 lipca 2013
Cyberpunk
Na tegorocznych Nowych Horyzontach można zobaczyć kilka znakomitych filmów cyberpunkowych. W tym roku nie odwiedzę festiwalu, więc nie zobaczę Videodrome czy Hardware na kinowym ekranie; zamiast tego tekst dla Dwutygodnnika:
"Cyberpunk przedstawia klasyczny problem relacji między ludzkim sposobem bycia a technologicznymi narzędziami (obecny już w nieufności do pisma) jako coś pilnego, nagłego, jako nowość współczesności. Oczywiście problem ten został rozpisany na szereg wątków (interfejsu, modyfikacji ciała i psychiki, poszerzenia ludzkich możliwości dzięki cyberprzestrzeni), ale nie odbiera mu to jego uniwersalnego charakteru. Dlatego już czwartą dekadę można obserwować w kinie kolejne fale cyberpunku, ożywianego przez to samo poczucie, że pytania o związki podmiotowości z technologią są jak najbardziej pilne.
Równocześnie jednak poszczególne postaci cyberpunku różnią się od siebie, co samo w sobie może być źródłem przyjemności: uniwersalne pytania dostają tu bowiem opakowanie, noszące wyraźne ślady czasów, w których powstało. Stąd tak charakterystyczna jest konfiguracja początkowa cyberpunku, wykształcona w latach osiemdziesiątych, którą można zrekonstruować z kilku klasycznych filmów: „Robocopa” (1987) Paula Verhoevena, „Videodrome” (1983) Davida Cronenberga czy „Tetsuo” (1989) Shin'ya Tsukamoto. Filmy te nadal mogą być dla nas ważne czy aktualne, ale tak silnie wpisują się w swój historyczny kontekst, że ich dzisiejszy odbiór nieuchronnie nabiera nostalgicznego posmaku. Nadaje go już choćby pewna ociężałość technologii przedstawionej w tych historiach.
Konflikt technologii
Wyjątkiem jest oczywiście „Łowca androidów” (1982, reż. Ridley Scott), w którym replikanci są nieodróżnialni od ludzi (inaczej niż maszynowe cyborgi z „Robocopa”, czy „Hardware” z 1990 roku w reżyserii Richarda Stanleya). Ale nawet w tym filmie podczas testu sprawdzającego tożsamość (i służącemu odróżnieniu maszyny od człowieka) wykorzystuje się kamerę wideo, a na ekranie operatora testu pojawia się swojski analogowy obraz siatkówki oka. Podobnie jest w scenie, w której główny bohater, niejaki Rick Deckard, szuka wskazówek potrzebnych w prowadzonym przez siebie śledztwie, skanując odnalezioną w mieszkaniu poszukiwanego trójwymiarową fotografię. Sprzęt, którego używa do tego celu, porusza się po obrazie fotograficznym jak po tradycyjnej mapie – aby iść do lokalizacji wskazanej przez użytkownika, musi pokonać przestrzeń od punktu A do punktu B, przejść przez wszystkie pośrednie punkty. Wyobrażenie technologii przyszłości musi być obarczone kształtem technologii obecnej, co najszybciej można zauważyć w szczegółach.(...)"
Ciąg dalszy na Dwutygodnik.com
O Hardware Richarda Stanleya pisałem już na blogu, w jednym z pierwszych postów. O Videodrome wspominałem w tekście Filmowe ofiary pragnienia na Dwutygodniku. Wspominam tam zresztą także o kinie Waleriana Borowczyka, który we Wrocławiu ma w tym roku retrospektywę.
czwartek, 23 maja 2013
Nowy film Winterbottoma i Coogana
Od jutra w polskich kinach
nowy film Michaela Winterbottoma The Look of Love (w polskiej
dystrybucji pod tytułem Prawdziwa historia króla skandali).
Jest to kolejna odsłona twórczej współpracy między twórcą Alei
snajperów i Steeve'm Cooganem.
Coogan jest znany z
szeregu ról komediowych; widzowie dawnego BBC Entertainment mogą
pamiętać go z bardzo zabawnego i ekscentrycznego zarazem serialu
I'm Allan Partridge. Humor tej produkcji przypominał nieco
inny hit brytyjskiej telewizji – słynny The Office; w obu
komizm polegał na kreacji groteskowych i niesympatycznych postaci,
choć Partridge mógł mimo wszystko skłaniać do minimalnej choćby
identyfikacji (w przypadku samokrytycznych widzów, oczywiście).
Styl Coogana świetnie
streszcza krótki epizod z Kawy i papierosów Jarmuscha,
zagrany razem z Alfredem Moliną. Postaci grane przez aktora rzadko
dają się lubić, ale za swoje dziwactwa (kto zdołałby ich
zupełnie uniknąć!) płacą cenę kompromitacji czy kpiny –
akurat tyle, żeby widz miał poczucie przywróconej sprawiedliwości
i nie stracił poczucia, że mógłby być na ich miejscu.
U Winterbottoma Coogan
zagrał bodaj swoje najlepsze role: szefa wytwórni Factory Records
(w znakomitym 24 Hours Party People), Tristrama Shandy'ego w
The Cock and Bull Story, wreszcie – samego siebie (w mocno
improwizowanym The Trip). Ostatni z wymienionych filmów
silnie ogrywał motyw aktora trapionego niespełnieniem. Coogan
przedstawił się w nim jako aktor syty sukcesu mierzonego w
najbardziej konwencjonalnych walutach (poziomu życia, erotycznego
powodzenia), ale wciąż czekający na wielką szansę roli
dramatycznej.
Postać Paula Raymonda,
bohatera The Look of Love wydaje się przynosić choć
połowiczne spełnienie potrzeby rozpoznania własnych możliwości w
historii bliższej dramatu niż komedii; to człowiek sukcesu,
wyrachowany gracz, artysta w zdominowanej przez siebie kategorii
erotycznego kiczu. I wreszcie – człowiek, który pod maską
wyrachowanego speca od rozrywki skrywa prawdziwe uczucia. Wszystko to
Coogan próbuje wygrywać na swój dyskretny sposób.
Moja recenzja filmu
Winterbottoma także w majowym numerze "Kina". Piszę w niej między innymi:
"The
Look of Love rozpoczyna się jako
cukierkowa opowieść o erotycznych konwencjach sprzed dekad (postać
Raymonda pojawia się już w czołówce, by osobiście zaprosić
widzów do swojego „świata erotyki”), następnie zdaje się
historią narodzin biznesowego giganta, wreszcie kończy się jako
przypowieść o tym, że najważniejszych rzeczy w życiu kupić nie
można. Całość nie jest ujęta w żadną wyrazistą ramę, bo
trudno za taką uznać dość pojawiające się od czasu do czasu
ujęcia starego Raymonda rozmyślającego nad swoim życiem. Jednak
jak wspomniałem na początku, nie musi to być wada i w przypadku
The Look of Love
owa wielość rozwiązań,kierunków narracyjnych i stylistyk (od
eleganckiej czerni i bieli w sekwencjach z lat pięćdziesiątych po
kolorystycznie coraz bardziej rozpustne kolejne dekady) dobrze się
broni. Trochę jest to zasługa Steeve'a Coogana, brytyjskiego
aktora, znanego głównie z kreacji komicznych, który postać
Raymonda gra bez satyrycznej przesady. Postać Raymonda byłaby
dobrym materiałem na kpinę z estetycznych nieporozumień rozmaitych
mód, z tandetności fałszywego blichtru erotyki w klubach dla
gentlemenów, wreszcie z prezentowanej przez niego archaicznej
męskości, dzisiaj robiącej wrażenie barbarzyńskiego przeżytku.
Do wyśmiania protagonisty jednak nie dochodzi, a im bliżej końca
filmu, tym więcej w portrecie „króla Soho” ciepła. W
interpretacji Coogana Raymond staje się postacią z galerii wielkich
self made menów, urokliwych przez zuchwałość,z jaką
zaciągających wobec życia wielki dług."
Cały tekst od piątku na stronieinternetowej czasopisma.
niedziela, 21 kwietnia 2013
Koniec świata: wersja Abla Ferrary
Niedawno w polskiej dystrybucji dvd
pojawił się 4:44 Ostatni dzień na Ziemi Abla Ferrary.
Przeszedł niemal niezauważony; tym przyjemniej mi napisać, że
film uważam za bardzo dobry.
Ferrara to nierówny reżyser. Kręcił
filmy znakomite (Zły porucznik), przyzwoite (Zaćmienie
z Dennisem Hopperem), zaliczył tez sporo pomyłek. Ale jest dobrym
partyzantem niezależnego kina, przedstawicielem gatunku twórców
filmowych, którzy pracują dużo i szlifują techniki opowiadania na
najróżniejszym materiale, od kina gangsterskiego, przez religijne,
aż po (nieraz niewydarzone) dramaty obyczajowe. Nie jest twórcą
dla filmowych purystów, bywa naiwny i kiczowaty, ale to nieistotne
wobec energii jego filmów.
4:44...
to wariacja na temat apokalipsy: świat zbliża się do końca,
zostało parę godzin do momentu, w którym Ziemia przestanie
istnieć. W nowojorskim mieszkaniu oczekują na tę chwilę młoda
malarka i jej dużo starszy partner, pisarz. Czytając opisy fabuły,
po takim doborze postaci spodziewałem się wszytskiego co najgorsze.
Tymczasem fakt, że główni bohtaerowie filmu należą do
artystycznej bohemy, wpisuje się w dość konkretną koncepcję tego
filmu.
W początkach tego bloga rozpisywałem się o głośnej Melancholii Von Triera. Warto zestawić
te filmy, nie tylko po to, by zauważyć kontrast środków
realizacyjnych – z jednej strony, pieczołowicie projektowane i
dopieszczone wizyjne sceny, z drugiej – pospieszny montaż
niskobudżetowych scen i found footage. Melancholia to film
mizantropa, który uczy widzów, że Ziemia zasłużyła na swój los
(dowodem ma być mitręga nieudanego wesela). 4:44... to film
będący afirmacją walki o to, żeby świat zaakceptować
(parafrazując słowa jednej z postaci).
Zaakceptować pomimo tego, że ktoś go
zniszczył. Ponieważ u Ferrary koniec świata nie przychodzi jako
metafizyczna nemesis, ale jako skutek głupoty tych, którzy "powinni
byli wiedzieć lepiej". Wszyscy, którzy widzieli Pogrzeb
wiedzą, że Ferrara ma serce po właściwej stronie (wymowny
szczegół dla wielbicieli filmu: na ścianach postaci z tego filmu
wiszą plakaty amerykańskich organizacji robotniczych z
międzywojnia, zresztą w sąsiedztwie katolickich dewocjonaliów). W
4:44 polityczny zapał reżysera znów się ujawnia: koniec
świata przychodzi w efekcie ekologicznej katastrofy, której ryzyko
było przecież znane, ale ignorowane przez decydentów.
To zresztą jeszcze nic – zaledwie
pretekst do paru zdań precyzyjnie zaadresowanej nienawiści,
wykrzyczanych w niebo nad Nowym Jorkiem, i wklejenia w film kilku
medialnych wypowiedzi Ala Gore'a. Dużo ciekawsze jest to, że
Apokalipsa nie jest dla Ferrary pretekstem do ekscytowania się
scenami zbiorowej paniki i przemocy. W jego filmie bliskośc końca
mobilizuje w ludziach nie to, co najgorsze, ale to, co najlepsze. Ci,
kórzy mieli nabroić, już to zrobili i teraz zniknęli za kulisami.
Zostało więcej miejsca, żeby odezwały się właściwe człowiekowi
potrzeby bliskości i afirmacji życia.
W pierwszej chwili pomysł Ferrary może
wydać się absurdalny. Nic prostszego, żeby o końcu świata myśleć
w konwencji wszechobecnej paranoi i chaosu. Ale własciwie dlaczego
akurat ta wizja, mająca o swoich podstaw konserwatywny obraz
człowieka jako istoty złej, miałaby być bardziej oczywista?
Bohaterowie, których Ferrara obserwuje w ostatnich chwilach globu
nadal wiedzą swoje; nie poddają się panice, obcy jest im
resentyment. Wiedzą, kogo mieć w pogardzie i do kogo zadzwonić, by
poprawić sobie humor.
Wskazuje to z jednej strony, by ramy
"końca świata" nie traktować śmiertelnie poważnie. Po
drugie, by w motywie końca odnaleźć nie jego dosłowną treśc,
ale funkcję: filmy o apokalipsie robi się (także) po to, żeby
wskazać na coś, co uznajemy za najważniejsze w życiu. W
nihilistycznym filmie Von Triera była to sama fascynacja końcem
jako ideą etyczną i estetyczną zarazem. U Ferrary chodzi o
afirmację sposobu życia, nabierającego w 4:44... znaczenia
nieco ironicznego manifestu.
fot: materiały dystrybutora
wtorek, 9 kwietnia 2013
O Ulrichu Seidlu w radiowej Dwójce
Zapraszam do zajrzenia na stronę Polskiego Radia, gdzie można odsłuchać nagrania godzinnej audycji, o której wspomniałem we wczorajszym wpisie. Przy okazji premiery najnowszego filmu Seidla, ale nie tylko o nim - także o innych austriackich buntownikach, Michaelu Hanekem, Thomasie Bernhardzie i Elfriede Jelinek.
fot. - wikimedia.org
poniedziałek, 8 kwietnia 2013
Najnowszy film Seidla w polskich kinach
Od piątku na polskich ekranach "Raj: wiara", środkowa część trylogii o cnotach - projektu, który Ulrich Seidl przygotowywał przez lata. Pierwsza część - "Raj: miłość" także weszła do dystrybucji w Polsce i cieszyła się sporym zainteresowaniem.
O filmie pisałem już po Warszawskim Festiwalu Filmowym (także na blogu). Dzisiaj będę gościem "Sezonu na Dwójkę" w 2 Programie Polskiego Radia, temat audycji: Seidl i inni filmowcy "kalają Austrię". Zapraszam do słuchania.
Początek o 18, informacja o audycji tutaj.
sobota, 6 kwietnia 2013
Spring Breakers, czyli cenna góra śmieci
Spring Breakers Harmony'ego Korine'a łatwiej oglądać, niż opisywać (a to zjawisko rzadsze, niżby się wydawało). Nie jest jego film krytyką kultury konsumpcyjnej, ani refleksją autora nad bolączkami współczesnej młodzieży. Za dużo tu celebracji, jak na prosty pastisz, za mało dzieje się na ekranie, by zakwalifikować film do jakiejkolwiek przegródki gatunkowej. O Spring Breakers myślę jako o rodzaju filmowej medytacji nad górą kulturowego śmiecia, która przez dziewięćdziesiąt minut jest traktowana jak wielki skarb.
Cztery dziewczyny chcą wyjechać na wiosenną przerwę, by wymknąć się nudzie kampusu; jako że nie mają pieniędzy, okradają klientów pewnego przydrożnego baru. Już w ten sposób wchodzą na złą drogę, ale na miejscu jest jeszcze gorzej; wpadają w oko lokalnego "gangstera i rapera", dla nich kogoś w rodzaju współczesnego szamana. A ten na nowo odkryje im znaczenie wyrażenia "amerykański sen".
Tyle wydarzeń starcza na całość akcji, traktowanej przecież pretekstowo. Dużo więcej dzieje się w pozornie pustych sekwencjach, w których bez końca powtarzają się obrazy zabawy – celowo bezmyślne, celowo przesadzone, celowo zbudowane z rozpoznawalnych symboli i chwytów, uwznioślonych już choćby przez to, że poświęca się im tyle czasu.
Strategia Korine'a jest dośc prosta i ta sama od kilku co najmniej realizacji: przygląda się on swoim bohaterom, celebruje ich szczególny sposób bycia, ich dziwactwa i brzydotę – na tyle indywidualną, że aż wartościową. Przygląda się temu, co banalne albo brzydkie z pewną uporczywością, jakby oglądał egzotyczny spektakl. Jest w tym podejściu coś w postawy antropologa, obawiającego się, by tego co inne za bardzo nie ugnieść na modłę własnej wrażliwości.
Typowe obiekty jego zainteresowania, różnorodna gromada ludzi marginesu, jest traktowana przez niego z czułością i pietyzmem. Wystarczy zobaczyć Gummo czy Juliena – Donkey Boya, by wejść na ten trop. Jeszcze radykalniejsze jest Trash Humpers, film w którym charyzmatyczni aktorzy i naturszczycy zostali zastąpieni przez anonimowe, upodobnione do siebie figury w gumowych maskach. Kręcony na wideo film jest dużo surowszy od poprzednich, za to najbardziej zdyscyplinowany estetycznie.
Efektem owej celebracji tego, co brzydkie, nieudane, śmieciowe jest nastrój melancholii, charakteryzujący zresztą wszystkie realizacje autora Spring Breakers. Oczywiście i owej melancholii nie należy przeceniać – w tym kinie mylenie tropów jest wartością samą w sobie, jeśli więc odczuwamy jakieś emocje podczas projekcji, nie powinniśmy sami sobie wierzyć. Najprawdopodobniej zostaliśmy oszukani i to, co w przeciętnym filmie byłoby jego "nastrojem" tutaj jest tylko powidokiem udanego żartu.
Ostatni film Korine'a jest dużo bardziej otwarty na szeroką publiczność i dobrze, że wchodzi do normalnej dystrybucji (wcześniejsze tytuły tego reżysera funkcjonowały raczej w obiegu festiwalowym). Nie zabraknie oczywiście nieporozumień, zgodnie z nadrzędną, wspomnianą już, zasadą mylenia tropów; tym większa satysfakcja tych, którzy ostatecznie się nie rozczarują.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
